toilet-402140_1280
Mamuś

Krótki wpis o kupie

Jeśli jesteś rodzicem prawdopodobnie coś podobnego przeżyłaś / przeżyłeś. Jeśli nie jesteś rodzicem, prawdopodobnie nie chcesz o tym czytać.

Poniedziałek. Poranek. Za oknem hula wrześniowy wiatr. My w ciepełku siedzimy przy stole, jemy śniadanie. Ja rozgrzewam się jaglanką z  suszonymi owocami i cynamonem. Ktoś wcina ekologiczne jabłuszko. Nagle mały zamiera. Wzrok wbija w przestrzeń, zatrzymuje oddech, upuszcza jabłko i stęka. Oho, kupa.

Koniec śniadania. Jeszcze kilka razy machnęłam łyżką po misce, po czym z buzią pełną jaglanki wyjęłam Ktosia z krzesełka i ostrożnie przeniosłam do łóżeczka, które robi za przewijak. Zakasałam rękawy. Rozpięłam pieluszkę.

To była jedna z TYCH kup. Po byku. Na widok takiej kupy pierwsze kilkanaście sekund po prostu gapię się i drapię po czole, bo nie wiem, od czego zacząć. Mopem, zmiotką to potraktować? Do takiej kupy to nawet nie ma co się wygłupiać i z chusteczkami nawilżającymi podchodzić. Utopią się w tej mazi. Kupsko wypłynęło z pieluszki na plecy małego. Wybrudziło kocyk rozłożony na łóżeczku. Ktoś zaczął wierzgać nóżkami, więc syf niesie się dalej. Kiedyś kupy mojego syna nie śmierdziały. Ale odkąd rozszerzamy mu dietę, kupy zioną jak trzeba – więc jeszcze wrażenia węchowe.

Dość tej zadumy, trzeba działać. Pięcioma chusteczkami nawilżającymi (a jednak) ściągam największe bagno, brudną pieluchę wysuwam spod pupy, zdejmuję ubrudzone ubranko. Mam przed sobą golasa – wciąż uświnionego na żółto-brązowo, bo się tarza w usyfionym kocyku. I co teraz? I co teraz?

Podejmuję męską decyzję. Do zlewozmywaka z nim.

Podnoszę upaprane nagie ciałko Ktosia. W tym momencie resztki kałowe przyklejają się do mojego sweterka. Biegnę do łazienki z małym na rękach, jakbym z rannym na pogotowie pędziła. Bum. Walnęłam głową Ktosia w futrynę łazienkowych drzwi. Nie za mocno, ale jednak. Mały w ryk, ja przepraszam i cmokam. Uspokoił się. Wrzucam niemowlaka do umywalki, puszczam wodę i próbuję wydobyć resztki kupska z bobasowych fałdek: pod kolanami, pod łokciami i z okolic siusiaka rzecz jasna. Woda leci nieekologicznie. Kilkanaście litrów poszło, żeby gówienko wypłukać. Zakręcam kurek.

Trzymając Ktosia jedną ręką, drugą zdejmuję mój ufajdany sweter, żebym podnosząc czystego Ktosia z powrotem go nie upaćkała. Zgarniam ze zlewu mokrego potomka. Biegniemy do pokoju po ręczniczek i z ręczniczkiem pod pachą do sypialni na łóżko. Odkładam Ktosia na materac. Uff. Sytuacja opanowana. Zakładam jego czystą pieluchę na czystą jego dupkę. Na to idą: czyste body, czyste spodenki, czyste skarpetki, czysta bluza. Buziak w czółko. Odkładam małego na podłogę. Krzyż na drogę, idź się bawić.

Teraz trzeba ten rozgardiasz posprzątać. Pielucha do prania (wielorazowych używamy), kocyk do prania, ubranka z rana do prania, mój sweterek też. Chusteczki do kosza. Nałożyć świeży kocyk na łóżeczko. Wybrać czysty sweter dla mnie. Zlewozmywak też się upaprał, na szybko przemywam. W łazience zaglądam do lusterka. A jakże. Mam kawałek kupy we włosach. Nie robi to na mnie wrażenia, ale z przyzwoitości wymywam gówno znad czoła.

Kocham moje dziecko, uwielbiam być mamą, ale nie oszukujmy się, rodzice mają przesrane.

Previous Post

You Might Also Like