Color Run Warszawa
Zwyczajnie

The Color Run – kolorowo, ale bez szału

Najszczęśliwsze 5 km na świecie – jak usłyszałam to hasło, wiedziałam, że The Color Run jest biegiem dla mnie:) Od razu kupiłam pakiet startowy, w kalendarzu markerem i wykrzyknikami zapaprałam datę 27 czerwca. Przez kilka tygodni werbowałam do biegu znajomych, żebym nie tylko ja mogła tej „naj” frajdy dostąpić.

Napaliłam się na Color Run’a jak dzik na szyszki. I przez to trochę się na nim zawiodłam :/ Imprezę oceniam na czwórkę, z plusem na zachętę. Wszystko przez to hasło…

Tekst Najszczęśliwsze 5 km na świecie, który promuje The Color Run podziałał na mój mózg jak płachta na byka: rozpalił go i rozochocił.  Moja bujna wyobraźnia przetłumaczyła pięciowyrazowe hasło po swojemu: Najradośniejszy, najzajebistszy bieg na całej planecie Ziemia, który będzie mi się śnił po nocach, i o którym będę opowiadać moim wnukom. W mojej głowie zaczęły pączkować wizję o biegu w rzece brokatu, wśród mrugających świątecznych światełek i kolorowych girlandów. Już widziałam siebie, która przebiega pięć kilometrów w podskokach do rytmicznej muzyki, w otoczeniu tancerzy, przebierańców i artystów cyrkowych, a moja paszcza dźwięczy gromkimi hahaha, hihihi, huhuhu.  No wiem, trochę się zagalopowałam;)

Prawdziwy, niewyimaginowany The Color Run był mniej huczny.

Ale zacznijmy od plusów.

Co było fantastycznego w The Color Run?

LUDZIE. LUDZIE. LUDZIE! Bieg przyciągnął najbardziej pozytywnych mieszkańców stolicy. Już dawno nie widziałam tak okazałej uśmiechniętej gawiedzi, której chce się: bawić, uprawiać sport, wygłupiać, tańczyć, podskakiwać, przebierać się. My people;)

DZIECI. Dzieci niby też ludzie, ale specjalnej kategorii;) Obecność dzieciaków, które towarzyszyły swoim rodzicom, uświetniła event. Maluchy wniosły czułość, wrażliwość i rodzinną atmosferę. A oprócz tego masę rolek, hulajnóg i rowerów. Zrobiła dzieciarnia klimat:)

START. Czekanie przed linią mety było dla mnie najfajniejszym czasem podczas całej imprezy. Cudowny DJ puszczał hit za hitem, tak że nogi rwały się do tańca. Fantastyczni wodzirejowie organizowali tłum w meksykańską falę, zachęcali do okrzyków, pisków i rozbudzali entuzjazm. Było tłumnie i ciasno od ludzi i pozytywnych wibracji.

5 STACJI. Po każdym kilometrze trasy przebiegaliśmy przez jedną z kolorowych stref, gdzie wolontariusze posypywali kolorowym proszkiem i gdzie rozbrzmiewała mocna, hiciorska muza. W każdej strefie był śmiech, była radocha i nowe barwy na coraz mniej białej koszulce.

META. Meta nie była końcem imprezy. Dla wielu uczestników była dopiero początkiem szaleństwa, 5 km biegu potraktowali jako biforek. Na biegaczy czekały występy, muzyczka, tancerze, żarełko, napoje i jeszcze więcej kolorowych saszetek z pyłem. Niestety nie zażyłam za wiele radości z tego punktu programu, bo musiałam jak najszybciej odnaleźć Ktosia w tłumie i poratować go spoconą, ale wciąż mlekodajną piersią.

Co kulało w The Color Run?

START. Pięć! Cztery! Trzy! Dwa! Jeden! Staaaart! Pobiegli! Ale ty nie pobiegłaś, bo organizatorzy wypuścili tylko pierwszą grupę uczestników, którzy byli najbliżej linii startu. Pięć! Cztery! Trzy! Dwa! Jeden! Staaaart! Dalej stoisz, bo wciąż jesteś za daleko, żeby zakwalifikować się do kolejnej grupy osób, której pozwolono ruszyć. Ja wystartowałam za szóstym odliczaniem, co było dość frustrujące. Współczuję tym, którzy na starcie czekali ponad godzinę. Rozumiem, że powodem takiej organizacji były jakieś względy bezpieczeństwa itd, ale nie zmienia to faktu, że było to dla uczestników męczące i zaskakujące. Uważam, że biegacze powinni byli być o tym uprzedzeni – można było się do tego przygotować mentalnie i życiowo (w moim przypadku: pokarmić dziecko dłużej i zabrać coś do picia dla siebie).

5 KM. Jak wspominałam na trasie czekały na uczestników kolorowe strefy. Strefy były ekstra, ale przebiegnięcie przez każdą zajmowało ok 5 może 10 sekund, więc w sumie podczas całego biegu w strefach spędziło się maksymalnie 1 minutę. Ja na zaliczenie 5 km potrzebowałam pół godziny, więc 1 minuta śmiechu i frajdy w strefach była zaledwie kropelką w morzu rozochoconych pragnień na „najszczęśliwsze 5 km na świecie”.

CISZA. Poza okolicami startu, mety i stacji panowała cisza. Zero muzyki. Aż się zastanawiałam, czy własnych słuchawek z biegowymi piosenkami nie wcisnąć do uszu. Prawie przez całą trasę słyszałam jak moje buty odbijają się od betonu, słyszałam szept zakochanej pary, która truchtała przede mną. E nooo

SAMOTNOŚĆ. W związku z tym, że organizatorzy wypuszczali biegaczy małymi grupami, ludzie się rozproszyli i bieg był dość samotny. Euforia ze startu rozmyła się po kilkuset metrach. Biegło się wygodnie, miałam dużo miejsca przed sobą, za sobą, obok siebie. Ale po to wzięłam udział w zorganizowanym wspólnym biegu, żeby doświadczyć wspólnoty. Nie czułam energii tłumu, z którym się płynie, który cię niesie. Nie czułam niczyjego oddechu na karku ani nie cuciły mnie krople cudzego potu. A tego chciałam i oczekiwałam. Bycia razem, dzielenia się entuzjazmem i zadyszką.

 Czy poleciłabym The Color Run?

Naprawdę miałam nadzieję, że będę mogła w samych OCHach i ACHach opisać moje wrażenia po Color Runie, ale tych kilka elementów popsuło mój odbiór imprezy. Niemniej jednak polecam The Color Run i trzymam kciuki za rozwój przedsiewzięcia.  To super inicjatywa i fajny pomysł na biznes – a uwielbiam, jak ludzie zarabiają pieniądze robiąc coś, co czyni ten świat lepszym. Pierwsza polska edycja The Color Run zbierała też środki dla Fundacji Mam Marzenie, i chwała też im za to.

Każda okazja, żeby przebiec kilka kilometrów, powygłupiać się i pobrudzić jest warta grzechu. Myślę, że mimo lekkiego zawodu, jakiego doznałam, też skuszę się na kolejną edycję. Tym razem nie będę się jednak nadmiernie nakręcać i napalać. Hasło „Najszczęśliwsze 5 km na świecie” trzeba podzielić przez pół, odjąć jeszcze trochę i cieszyć się tym, co jest, i że jest jakie jest. Bo jest to dobre:)

Więcej o The Color Run dowiecie się TU

Color Run1

Previous Post Next Post

You Might Also Like